„Tulipanowa gorączka”: Film jak holenderski obraz

„Tulipanowa gorączka” to film, który powstał z inspiracji XVII-wieczną holenderską sztuką. Kadry wyglądają na żywcem wyjęte z dzieł tak zwanych małych mistrzów holenderskich od Vermeera po Metsu. Dzięki temu uzyskujemy możliwość przyjrzenia się wnętrzom i domom tamtego czasu.

Film Tulipanowa gorączka

 

Film „Tulipanowa gorączka” to historia romansu między młodą, piękną żoną jednego z najzamożniejszych mieszkańców XVII-wiecznego Amsterdamu, a malarzem malującym portret małżonków. Kochankowie chcą być ze sobą i jedyną na to szansą jest ucieczka. Żeby mieć środki na wspólne życie, chcą zainwestować w cebulki poszukiwanych wówczas tulipanów. Najciekawsze są tu dwie rzeczy – zjawisko tulipanowej gorączki, które faktycznie ogarnęło ówczesna Holandię i próba ożywienia obrazów XVII-wiecznych mistrzów pędzla.

Z miłości do holenderskiej sztuki

„Tulipanowa gorączka” powstała na podstawie powieści o tym samym tytule. Autorka, Deborah Moggach, nie ukrywa, że jej zainteresowanie holenderską sztuką zainspirowało napisanie książki.

20 lat temu wybrałam się na aukcję do domu aukcyjnego Christie’s. Zobaczyłam tam holenderski obraz. Zakochałam się w nim i go kupiłam. Został namalowany w 1630 roku i przedstawia kobietę przygotowującą się do wyjścia z domu. Ma na sobie obszytą futrem aksamitną marynarkę, bardzo modną w tamtych czasach i patrzy na nas z płótna z raczej zagadkowym wyrazem twarzy. Pokojówka przynosi jej naszyjnik z pereł, a służący podaje kieliszek wina. W oczywisty sposób jest bogata i rozpieszczana, ale jej twarz wygląda enigmatycznie. I pomyślałam ‚Ona nie czeka na nic dobrego. Ciekawe, gdzie idzie? Czy idzie gdzieś, gdzie nie powinna?’ Powiesiłam obraz w moim salonie i wpatrywałam się w niego, aż historia do mnie sama przyszła

– opowiada Moggach. W tamtym czasie pisarka była w związku z malarzem, który dzielił jej zamiłowanie do holenderskiego malarstwa XVII wieku. Nawet wykonał rysunki na podstawie obrazów Vermeera, żeby zilustrować jej książkę. Pisarka nie ukrywa, że „Tulipanową gorączkę” napisała „w wielkiej gorączce miłości” – zarówno do swojego partnera, ale także do holenderskiej sztuki. Moggach przekonuje, że w tych cichych, domowych scenach działy się ogromne dramaty. Obrazy z tamtego okresu są jak kadry z filmów uchwycone tuż przed kulminacyjnym momentem.

 

Film Tulipanowa gorączka

 

Holenderskie malarstwo I połowy XVII wieku to swoisty fenomen. Było tam zarejestrowanych aż 300 malarzy i dla porównania 78 rzeźników, a trzeba powiedzieć, że był to zawód niezwykle ceniony. Większość uprawiało malarstwo portretowe i rodzajowe, wielu także malowało pejzaże i martwe natury. Jednak to na portretach i scenach rodzajowych można było najlepiej zarobić. Artystów trudniących się w tamtym czasie w Holandii takim malarstwem historia nazwała „małymi mistrzami”, ich twórczość nie było bowiem efekciarska, choć wszyscy byli biegli w swoim rzemiośle. Zalicza się do nich malarzy takich jak Vermeer, Metsu, Steen, de Hooch, Terborch i Fabritius.

 

„Tulipanowa gorączka” i holenderscy malarze

Twórcy filmu „Tulipanowa gorączka” również mocno inspirowali się sztuką tamtego okresu. Scenograf Simon Elliott powoływał się na malarstwo Pietera de Hoocha i Gabriela Metsu. Słynęli oni z przedstawiania intymnych scen domowych w bogatych, jak i biednych domach. Ich twórczość opisuje jako „dużo bogatszą i mroczniejszą, niż ludzie myślą o tamtych czasach”. Jak twierdzi Elliott, pierwszym nazwiskiem, które przychodzi na myśl na hasło holenderskie malarstwo jest Vermeer. Tymczasem on jest bardzo „jasny”, a twórcy filmu chcieli czegoś nieco mroczniejszego.

 

Film Tulipanowa gorączka

Obraz Vermeera i Metsu

 

Scenograf nie ukrywa, że malarstwo tamtego okresu było niesamowitą inspiracją dla filmowców, jednak musiał na nie spojrzeć krytycznym okiem.

Kiedy zaczynasz czytać dokumenty z tamtych czasów nagle odkrywasz, że te obrazy są największą kampanią marketingową w historii. Są reklamą czasów i popisem umiejętności technicznych artystów. Miały schlebiać właścicielom domów, którzy zlecili namalowanie obrazu, więc nie do końca pokazywały prawdę. Domy nie były aż tak jasne, gdyż były stłoczone przy wąskich uliczkach. Nie było w nich aż tyle pięknych, marmurowych podłóg, bo były za drogie

– mówi Elliott.

 

Tulipanowa gorączka film

Kadr z filmu i obraz Pietera De Hoocha

Tulipanowa gorączka

Kadr z filmu i obraz Pietera de Hoocha


 

Prawdziwe oblicze Amsterdamu

Amsterdam około 1630 r., kiedy toczy się akcja „Tulipanowej gorączki”, nie był wielkim miastem, jak obecnie. Wiele opisów z epoki mówi o tym, że był brudny i pełen robactwa. Zaledwie osiem lat wcześniej miasto przeszło zarazę, przez co panowała tam nieco klaustrofobiczna atmosfera, a ulice były brudne. Jednocześnie holenderskie gospodynie domowe są znane z przywiązania do porządku. Jednak to co działo się poza frontowymi drzwiami to już inna historia.
 

Film Tulipanowa gorączka
 
Dom Sandvoorta (Christoph Waltz) został wzniesiony w Pinewood Studios, jako wolno stojący dwupiętrowy budynek. Jak mówi scenograf, jego dom był nieco przesadzoną wersją autentycznych domów z tamtego okresu, które były bardzo wąskie, za to ciągnęły się daleko w głąb. Często z tyłu miały podwórka. Filmowcy musieli wznieć nieco większy dom tak, żeby pomieścić w nim ekipę. Problemem, który pojawia się w długich i wąskich domach jest naturalne oświetlenie w środkowej części domu, a raczej jego brak. Dlatego zamiast podwórka za domem, powstał wewnętrzny dziedziniec, wokół którego dom się rozciąga.
 

Film tulipanowa gorączka
 
Frontowy hall w holenderskich domach to przestrzeń publiczna. To tam pan domu odbywa swoje spotkania i dobija biznesowych transakcji. Dalej przechodzi się do bardziej prywatnych przestrzeni. Na końcu domu znajduje się kuchnia, na piętrze są sypialnie. Twórcy umieścili w domu głównych bohaterów typowe sprzęty z tamtego czasu, które tak często pojawiają się na holenderskich płótnach, jak perskie dywany, którymi nakrywano częściej stoły niż podłogi. Oczywiści te były typowe dla bogatych mieszkańców Amsterdamu. A Sandvoort do nich się zdecydowanie zaliczał. Zajmował się handlem, w tym handlem tulipanami.

Tulipanowa gorączka w rzeczywistości

Film i książka „Tulipanowa gorączka” rozwiewają nieco mit holenderskich tulipanów. Kwiaty te nie rosły tam bowiem od zawsze. Pojawiły w Holandii dopiero na początku XVII wieku. Sprowadzono je z Konstantynopola. Szybko stały się obiektem kolekcjonerskim dla bogatych i ciekawych świata. Było to zupełne przeciwieństwo dzisiejszego postrzegania tulipanów, jako prostych i bezpretensjonalnych kwiatów na kuchenny stół. Wtedy były uznawane za symbol dobrobytu i wyrafinowania.
 

Film Tulipanowa gorączka
 
Fascynacja coraz rzadszymi okazami kwiatów stała się holenderską obsesją i w 1636 roku stały się nawet przedmiotem handlu na giełdzie w Amsterdamie. W 1637 roku, kiedy toczy się akcja filmu, Holandia była globalną, handlową potęgą. Amsterdam był wtedy zamożnym, kosmopolitycznym miastem. Handlarze tulipanami spotykali się w pokojach na tyłach tawern, gdzie zawierali transakcje. Cebulki tulipanów osiągały gigantyczne ceny, najdroższe kosztowały nawet tyle co cały dom. Początkowo handlowano tulipanami tylko latem, później także jesienią, a w końcu i zimą. Wtedy jednak nie sprzedawano konkretnych cebulek tulipanów, tylko zapisy na nie. Cebulki, których dotyczyły mogły w ogóle jeszcze nie istnieć. Między grudniem 1636 a styczniem 1637 roku szał na tulipany osiągnął apogeum i przekształcił się w zbiorową obsesję. Jednak już w lutym ceny drastycznie spadły. Tulipanowa gorączka tamtego czasu to prawdopodobnie pierwsza ekonomiczna bańka.

Tyle ciekawych wątków w jednym filmie. Chyba dodatkowe zachęty do obejrzenia tego filmu są już zbędne.

Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *